top of page
#TRAVEL #NOMAD #EXPERIENCES

O podróżach do Chin

IMG_20170829_160052_HDR.jpg
IMG_20170829_145917_HDR.jpg

Co kilka minut nawiedzało mnie też nieśmiałe przeświadczenie, że kiedyś już tu byłem, ale zdając sobie sprawę z absurdu i konsekwencji rozważania tak zuchwałej myśli, zrzuciłem to wszystko na pokłosie filmów i książek, którymi nasiąkałem od dzieciństwa. Nie mogłem jednak zaprzeczyć, że mimo sierpniowego chłodu i narastającego deszczu, mimo niezbyt różnorodnej palety barw otaczającego krajobrazu, to już od pierwszych chwil, na pewno czułem się tu bardziej u siebie niż w amazońskiej dżungli, na piaszczystych plażach południa czy ulicach zachodnich metropolii. Zresztą, początki w Pekinie wcale nie zwiastowały późniejszego zachwytu, bo betonowy rozmach przytłaczał tam z podobną do europejskich stolic bezwzględnością, a wszechobecna życzliwość mieszkańców, rozbijała się nieustannie o moje niewystarczające zdolności konwersacyjne. Często miałem wrażenie, że po semestrze nauki w renomowanej szkole języka chińskiego, bardziej przydawał mi się tu jednak dostęp do wifi i telefon z internetowym tłumaczem. Korzystanie z komunikacji zbiorowej okazało się na szczęście na tyle przejrzyste, że udało mi się nie tylko pozwiedzać pekińskie parki oraz świątynie, ale również samodzielnie dotrzeć na chiński mur i co najważniejsze, nie pomylić na peronie pociągu do Shiyan, z jadącym również ponad dobę w kierunku zachodnim i podobnie brzmiącym, Xian. Prawdziwym wyczynem, raz po raz okazywało się jednak znalezienie miejsc z jedzeniem w zgodzie z moimi osobistymi fanaberiami. Ku mojemu zaskoczeniu, problem ten nie pojawił się na szczęście w Wudang. Tam, po zakończeniu autobusowej przejażdżki, schowałem się przed deszczem w przydrożnej budce, gdzie bez trudu udało mi się zamówić michę roślinnej strawy. 

IMG_20170829_125041_HDR.jpg

Ciepły makaron z tofu miło spływał do mego żołądka, a ja w myślach już ostrzyłem sobie zęby na te wymarzone miejsca, które teraz były praktycznie na wyciągnięcie ręki. Opady chwilowo zelżały, więc chwyciłem swój plecak i ruszyłem przed siebie, czyli wprost na kładkę przed malowniczym wejściem do Świątyni Purpurowych Chmur, najpopularniejszego w Wudang kompleksu klasztornego. Czerwonawe budynki o seledynowych dachach, stały równie majestatycznie jak pogrążone we mgle, rosnące wokół iglaki, a woń ceremonialnych kadzideł, zdawała się wprost zapraszać do środka. Z uwagi na pogodę, pielgrzymów była jedynie garstka, więc nie spiesząc się, we własnym tempie podziwiałem każdy plac, ołtarz i zakamarek. Pogrążony w ciszy i zadumie, starałem się chłonąć każdą chwilę oraz szczegół. Zakładając, że może to być moja pierwsza i ostatnia wizyta w tych stronach, ale również z uwagi na słabnącą baterię telefonu, powierzyłem większość widoków swojej własnej pamięci, starając się angażować przy tym jak najwięcej zmysłów. Tyczyło się to również pozostałych klasztorów, które zwiedzałem tego dnia, jak wkomponowana w skaliste zbocze świątynia Nanyan, której zdjęcie podziwiałem jako zaledwie kilkulatek w jednej z pierwszych polskich książek o kung fu, czy antyczny Chaotian, będący legendarną linią oddzielającą ziemię od niebios. Końcowym celem większości przyjeżdżających tam turystów jest jednak górujący nad pozostałymi Złoty Szczyt, z którego rozpościera się niesamowity widok na całość tego światowego dziedzictwa UNESCO. 

IMG_20170829_134534_HDR.jpg

Mijani na śliskich kamiennych ścieżkach Chińczycy, dziwili się dlaczego ubrany jedynie w krótkie spodenki i tenisówki łysol bez czapki, zdecydował się na kilkugodzinną wspinaczkę na wysokość powyżej półtora tysiąca metrów w przenikliwym deszczu, zamiast, jak inni biali turyści, wybrać komfortową przejażdżkę kolejką linową na samą górę. Jednak to właśnie wspomnienia tej samotnej wędrówki w milczeniu, kojarzą mi się najbardziej z Wudang. Mijając po drodze jedynie górskie źródełka, powalone drzewa i pojedynczych turystów schodzących w dół, mogłem samodzielnie zmagać się ze trudnościami wyprawy bez obawy o komentarze innych czy dowolnie zbaczać z wytyczonej ścieżki, by przyjrzeć się z bliska inskrypcjom pozostawionym na ociekających deszczem głazach i ścianach opuszczonych budynków. Mogłem przystawać na krótkie medytacje w niepozornych miejscach, które mnie osobiście czymś urzekły lub przyspieszać w ekscytacji bez względu na warunki panujące na szlaku. Kto wie, być może to właśnie moja nadmierna ciekawość i samowola w wydłużającej się wspinaczce, miała wpływ na to, że dotarłszy w końcu na sam szczyt, zamiast iście instagramowego widoku, przywitały mnie jeszcze większy ziąb i jeszcze gęstsze chmury, uniemożliwiające sfotografowanie jakiejkolwiek panoramy czy chociażby uwiecznienia tej chwili niewinnym selfie. Pochylając się w wejściu do ostatniego klasztoru, zwanego Pałacem Wielkiej Harmonii, wbrew wycieńczeniu i przemoczeniu, byłem przepełniony od wewnątrz autentyczną wdzięcznością. Czułem bowiem dobitniej niż kiedykolwiek, że zgodnie z taoistycznym konceptem „chmurnej włóczęgi”, największą wartością podróżowania nie jest cel, a pełen niewymuszonej uważności i wszelakich wrażeń, jej przebieg.

Screenshot 2024-04-30 at 12.34.18 PM.png

Paweł

Raszkiewicz

Paweł Raszkiewicz, dyplomowany instruktor Qigong i Tai Chi, który swoje uprawnienia zdobywał na emigracji pod okiem Mistrza Tsu. Od kilkunastu lat należy do wewnętrznego kręgu jego najbliższych uczniów, ale kształcił się również u innych chińskich nauczycieli, podróżując za wiedzą między innymi do gór Wudang. Prowadził zajęcia grupowe w Londynie, Warszawie oraz na Mazurach i rodzinnej Suwalszczyźnie. Stale współpracuje z innymi szkołami, wydawnictwami oraz międzynarodowymi instytucjami zajmującymi się promowaniem taoistycznych nauk.

bottom of page